w którym Lew opowiada historię, zwykła najemniczka gada z koniem, a młody czarnoksiężnik nie jest tak niezastąpiony, jak się spodziewał
Iwan z całego serca przeklinał Kapryśną Panienkę, dzięki której nierozerwalnym towarzyszem jego podróży stała się ulewa. Kompletnie psuła mu wszystkie plany. Miał przybyć do Athragonu w blasku chwały, ukazać się jako potężny czarnoksiężnik, którego wszyscy będą się bać i podziwiać, nawet postarał się wcześniej o kostur maga, ale przez strugi deszczu wyglądał jak przemoczona wiewiórka. Z opadających na kark rudych włosów ciekły gęste strumyczki wody, a duże, szarozielone oczy wydawały się jakby bardziej wyłupiaste niż normalnie. Nawet piegi na długim nosie mocniej odcinały się od bladej skóry, na której pozostały jeszcze resztki młodzieńczego trądziku. Nie wyglądał na typowego czarnoksiężnika, zwłaszcza ze swoim mizernym wzrostem oraz szczupłą, jeśli nawet nie chudą sylwetką. Nie przeszkadzało mu to jednak w podawaniu się za takowego.
Szedł środkiem traktu prowadzącego bezpośrednio do tego
największego miasta portowego w królestwie,
złorzecząc na cały świat, więc nie od razu usłyszał zbliżający się
powóz.
Zareagował dopiero, kiedy woźnica krzyknął wściekle „Z
drogi, kurduplu!”. Automatycznie rzucił się w lewo upuszczając swój kostur,
który wpadł prosto pod koła dyliżansu.
— Nie jestem kurduplem! — odwrzasnął za spiesznie oddalającą
się bryczką. Przez strugi deszczu zauważył jeszcze tylko duży emblemat zdobiący
tył powozu, zanim znów został kompletnie sam.
Iwan zaklął szpetnie, kiedy zobaczył, co zostało z jego
wartego srebrniaka kostura. Ze złością kopnął w te pozostałości, obiecując
sobie, że kiedyś zemści się na woźnicy. Och, gdyby tamten tylko wiedział, z kim
zadziera…!
Ulewa wreszcie zaczęła się uspokajać, kiedy chłopak dotarł
do celu, czyli dostojnego dworku znajdującego się na obrzeżach Athragonu. Iwan
ociężale podszedł do ciężkich drzwi i załomotał w nie kołatką w kształcie
smoka. Trzęsąc się z zimna i szczękając zębami, czekał, aż ktoś się pojawi. Po
krótkiej chwili, która wydawała mu się wiecznością, drzwi uchyliły się, a zza
nich wyłoniła się starsza kobieta odziana w eleganckie, acz skromne szaty.
Zmierzyła Iwana krytycznym spojrzeniem i uniosła wysoko brwi.
— Tak?
Chłopakowi bardzo nie podobało się, jak służąca na niego
patrzyła. Na niego, czarnoksiężnika!
Poprawił na plecach przemoknięty tobołek i odpowiedział:
Poprawił na plecach przemoknięty tobołek i odpowiedział:
— Przysłał mnie Mistrz Varren. Mam wziąć udział w wyprawie,
tej…
— Ach, w takim razie zapraszam. — Otworzyła szerzej drzwi,
by Iwan mógł wejść, nadal jednak patrzyła na niego krytycznym wzrokiem. — Ma
panicz coś suchego, aby się przebrać?
Panicz pokręcił głową, na co służąca spojrzała nań tak,
jakby chciała westchnąć z ubolewaniem.
— Zaraz coś znajdziemy. Kolacja została już podana jakiś
czas temu, ale coś jeszcze powinno się znaleźć. Póki co zaprowadzę panicza do
sali kominkowej, aby się ogrzał. Jest tam już baron Thoque razem z resztą
drużyny.
Nic już więcej nie mówiąc poprowadziła go ciemnym korytarzem
ku pomieszczeniu, z którego dobiegały śmiechy. Gdy weszli, Iwan rozejrzał się
po sali. W jej centralnym punkcie znajdowało się zabudowane palenisko, a nad
nim wisiało potężne poroże. Światło zapewniane było nie tylko przez ogień w
kominku, ale i zapalone świece, których pełno było w kinkietach na ścianach. Na
kamiennej posadzce rozłożone były grube, niedźwiedzie skóry, a na nich
postawiono drewniane sofy i fotele, dla wygody pokryte miękkimi obiciami.
Zajmowane były przez czterech mężczyzn, dwie kobiety i kota.
Chłopak oczyma wyobraźni widział, jak oni wszyscy milkną,
podświadomie wyczuwając jego obecność, jak patrzą na niego z nabożną czcią. To
on, czarnoksiężnik!
W rzeczywistości nikt nawet nie zauważył, że wszedł do
pomieszczenia. Wszyscy, oprócz śpiącego kota, słuchali z niepomiernym
zainteresowaniem, jak jeden z mężczyzn, postawny blondyn o krótkiej brodzie,
opowiada o pokonywaniu jakiejś bestii. Uwagę Iwana przykuła jasnowłosa kobieta
ubrana w spodnie i męską koszulę, która założywszy nogi na niski stoliczek obserwowała mówcę z poważnym, kalkulującym
wyrazem twarzy. Gdzie jej maniery!
Służąca podeszła do siedzącego plecami do drzwi siwego
mężczyzny i wyszeptała mu coś do ucha. Tamten natychmiast się odwrócił, z
uśmiechem na szerokiej twarzy. Podniósł się ze swego fotela, a potężny brzuch
zatrząsnął się niebezpiecznie. Opowiadający zamilkł, a wszyscy spojrzeli na
Iwana. Chłopak starał się wyglądać jak najbardziej imponująco, aczkolwiek
strugi wody spływające z włosów i ubrań nie pomagały.
— A oto i nasz mag! — zawołał gruby z przesadnym
entuzjazmem. Gdyby Iwan nie zaczął pęcznieć z dumy, może i zauważyłby, że poza
mężczyzny jest wystudiowana. — Uczeń starego Varrena! Ach, wuj pewnie daje ci
mocno w kość, co, chłopcze?
— E tam, nic z czym bym sobie nie poradził — odpowiedział
Iwan z pewnym siebie uśmiechem.
Baron Thoque jedynie zaśmiał się tubalnie, aż zatrząsnęły się
jego trzy podbródki.
— Siadaj przy ogniu, Iwanie, ogrzej się. Sage poszuka
jakichś suchych szat. Moje mogą być na ciebie niestety nieco za duże. — Znowu
się roześmiał.
Służąca ukłoniła się, po czym opuściła pomieszczenie. Iwan
usiadł na wskazanym miejscu, z którego miał lepszy widok na swych przyszłych
towarzyszy. Baron Thoque wrócił na swój fotel, ale blondyn już nie kontynuował
historii, tylko przyglądał się uważnie chłopakowi, którego to badawcze
spojrzenie zaczynało irytować.
— Varren mówił ci, z kim będziesz miał przyjemność
podróżować? — spytał gospodarz. Kiedy Iwan pokręcił głową, z uśmiechem wskazał
postawnego blondyna. — Vittora najpewniej znasz jako Lwa z Manters. Właśnie nam
opowiadał, jak pokonał chimerę w dalekich Górach Pustynnych. Niesamowita
historia!
Chłopakowi natychmiast przestał przeszkadzać uważny wzrok
mężczyzny. Lew z Manters we własnej osobie! Wyczyny najemnika stały się już
niemalże legendą, choć wcale nie był on aż tak stary. Wręcz przeciwnie,
wyglądał jakby był w kwiecie wieku. Iwan kiedyś słyszał, że Lew zawsze ubiera
się w ciężką zbroję, a na plecach trzyma ogromny miecz dwuręczny, dlatego teraz
niechętnie przyjmował do wiadomości, że idol może mieć na sobie jedynie prostą
koszulę i spodnie.
— Ach, ale gdzie moje maniery! W pierwszej kolejności winien
jestem przecież przedstawić nasze drogie damy! Niech panie wybaczą, za dużo
wina się dzisiaj polało, a to obudziło we mnie prostaka! Lara D’Eqar — skinął w
stronę tej jasnowłosej, która nieznacznie się skrzywiła. Iwan zanotował z
niezadowoleniem, że kobieta jest silniej zbudowana od niego, a mimo to szczupła
i wcale atrakcyjna. — Niezwykłe, tak młoda, a tak utalentowana i zaprawiona w
walce! A oto panienka Lydie Myriel, córka szanownego hrabi. — Wskazał na
szczupłą dziewczynę, najmłodszą osobę w całym towarzystwie. Iwanowi wydawało
się, że hrabianka musi być mniej więcej w jego wieku. Była ładna, a wzrok
najbardziej przyciągały niespotykane oczy: prawe zielone, a lewe brązowe.
Ubrana była w szmaragdową, elficką suknię o raczej skromnym kroju, choć
udekorowaną złotymi nićmi. Lydie skłoniła głowę, spuszczając skromnie oczy. Dokładnie tak, jak wymagała tego od niej etykieta. — Hrabianka Myriel jest uczennicą czcigodnego
mistrza Alcarina. — Iwan spojrzał na smukłego elfa o porcelanowej cerze i
odcinających się od niej ciemnych włosach zaplecionych w warkocz. Uwagę, poza
spiczastymi uszami, zwracała przede wszystkim czarna przepaska zakrywająca
oczy. Alcarin posłał w stronę młodzieńca ciepły uśmiech. Od razu wyczuł emocje czarodzieja, co z racji młodego wieku nie było zbyt trudnym zadaniem. Iwan był niczym otwarta księga napisana ogromnie wydumanymi słowami i (teoretycznie) mądrym językiem, ale łatwa w odbiorze. Elf miał przeczucie, że i bez swoich zdolności byłby w stanie określić charakter młodzieńca. Z cała pewnością, takie mniemanie o samym sobie musiało być wypisane na twarzy. — Mistrz Alcarin jest wyjątkowo utalentowanym uzdrowicielem, choć mam
nadzieję, że podczas waszej podróży nie będzie wymagana jego częsta
interwencja. Panna D’Eqar, Lew oraz sir Raahael — mężczyzna o aureoli złotych
loków, regularnych rysach oraz oczach w kolorze najczystszego, królewskiego
błękitu wyprostował się — będą pełnić funkcję głównej siły fizycznej wyprawy.
A ja zajmę się stroną magiczną, trudniejszą i bardziej
wymagającą — dokończył już w myślach Iwan, pęczniejąc z dumy.
— Akademia Norne obiecała jeszcze przysłać kogoś, kto
będzie czuwał nad magiczną stroną wyprawy — ciągnął dalej baron, na co Iwan
zmarszczył brwi. Jak to tak?! To przecież miało być jego zadanie! — Ach, i
zjawić miał się jeszcze jeden najemnik, ale... hmm... punktualność nie jest
najwyraźniej jego cnotą.
— Wuj wspominał, że będzie z nami podróżował jakiś lord —
przypomniało się chłopakowi. — Kiedy przybędzie?
— Przecież dostąpił cię już zaszczyt przebywania tuż obok
niego — stwierdził leniwie Jego Lordowska Kociość dumnie podnosząc łebek.
Iwan otwierał usta jak ryba wyciągnięta z wody i gapił się z
wytrzeszczonymi oczami na puchatego, ogromnego kocura o sierści w białe, czarne
i rude, nieregularne łaty. Dopiero teraz zwrócił uwagę na magiczną aurę otaczającą futrzaka, dziwnie silną jak na gadające zwierzę. Gdyby nie ponowne pojawienie się Sage, chłopak z
pewnością palnąłby coś wybitnie nietaktownego i głupiego.
W suche szaty Iwan przebrał się w niewielkim, chłodnym
pomieszczeniu obok sali kominkowej. Mimo że z długości pasowały, były za
szerokie, przez co wyglądał raczej żałośnie. Nie narzekał jednak, gdyż
przynajmniej było mu cieplej niż w zimnych, mokrych szmatach.
Kiedy wrócił do przyjemnie nagrzanej sali kominkowej,
jasnowłosa kobieta, Lara, właśnie dyskutowała z baronem Thoque.
— Ależ panna nie powinna nas teraz opuszczać. Przecież nie zapoznała się jeszcze panienka ze wszystkimi członkami zespołu.
— Nie będę czekać, aż wszyscy dotrą. Mam jeszcze coś do
załatwienia przed wyprawą.
— Koń może zostać w naszych stajniach, będzie mu tu dobrze,
zapewniam. — Spojrzał na dziewczynę znacząco. — Jeśli chodzi o inne sprawy
służyć mogę karetą, która zawiezie panienkę gdzie potrzeba i przywiezie z
powrotem.
— Dziękuję, ale sama sobie poradzę — odparła najemniczka
chłodno i ruszyła w stronę młodego czarodzieja. – Tymczasem, do widzenia.
— Wróci panienka jeszcze dzisiaj? — spytał gospodarz.
— Przecież zostawiłam tu swoje rzeczy — odparła mrukliwie dziewczyna zamykając
za sobą drzwi wiodące na korytarz.
Iwana zdziwiło zachowanie kobiety. Baron Thoque zaoferował swoją karetę, a ona się nie zgodziła! Kiedy go mijała z irytacją zauważył, że jest jego wzrostu (w życiu by nie przyznał, że może być wyższa). Przez chwilę jeszcze patrzył za nią wilkiem, ale Lew z Manters zaczął opowiadać kolejną historię, więc od razu wrócił na swoje miejsce i zaczął z ciekawością słuchać.
Gdy Lara zamknęła za sobą drzwi odetchnęła głęboko. Całe to spotkanie zmęczyło ją bardziej niż miesięczna podróż. Rzadko pracowała z innymi, a fakt, że tym razem musi wyruszyć w morze w licznej kompanii nie napawał jej zbytnim optymizmem. Pieniądze jednak same się nie zarobią i to sprawiało, że najemniczka zdecydowała się wyruszyć bez chwili wahania.
Długim krokiem przemierzała korytarze kierując się do drzwi wyjściowych. Wypadłszy na podwórze szybko znalazła się przed ogromną stajnią. Deszcz przestał już padać, ciężkie chmury gdzieniegdzie zaczęły się przecierać, lecz wszechobecny chłód jednoznacznie przypominał o niedawno minionej zimie. Gdy blondynka przestąpiła tylko próg budynku przywitał ją siwy przyjaciel.
— I co tam? Udało ci się już zaleźć komuś za skórę? — odebrała komunikat Sequarda.
— Ale ty we mnie wierzysz, maleńki — mruknęła Lara gładząc koński łeb. Mimo że mogła się komunikować z siwkiem bez użycia słów, nie potrafiła wyzbyć się tego nawyku.
— A co zamierzasz dalej?
— Zakwateruje cię u Ramona. Mówił, że nie będzie problemów z opieką przez czas nieokreślony.
— Wolałbym iść z tobą. Jak mnie nie będzie znowu wpakujesz się w jakieś kłopoty — parsknął nerwowo koń.
— Nie — stwierdziła stanowczo dziewczyna. — Nie wiadomo jak długo będziemy podróżować na pokładzie statku i wolałabym, żebyś został na lądzie.
— Eh... ale... — zaczęło zwierzę, lecz spostrzegłszy upór na twarzy przyjaciółki nie powiedział nic więcej.
Gdy tylko Sequard został osiodłany wyjechali na równy trakt. Wycieczka nie trwała długo. Kilka chwil po opuszczeniu posiadłości ich oczom ukazały się pierwsze przedmiejskie zabudowania. Kiedyś domek byłego druida znajdował się w pewnej odległości od miasta, lecz teraz został już włączony do jego terenów. Za kilka lat pewnie będzie już w centrum Athragonu, stwierdziła w myślach Lara rozglądając się dookoła, ledwo poznając okolicę. Na ulicach było pusto i sennie, tak jak rzadko tu bywało. Nieliczni przechodnie zdążali do swoich domów na posiłek, a nieprzyjemne zimno i wielkie kałuże skutecznie zaganiały pod dach wszystkich, którzy nie mieli ważnych spraw do załatwienia.
Dziewczyna skierowała swojego wierzchowca w dróżkę, na końcu której znajdował się niewielki domek z dziedzińcem, niewyróżniający się specyficznymi cechami, ale w jakiś nieokreślony sposób odcinający się od pozostałych. Najemniczka zeskoczyła z konia na podwórzu i zaprowadziła zwierzę do przylegającego niskiego budynku o małych oknach. Gdy rozsiodławszy i umieściwszy Sequarda w przygotowanym boksie wyszła ze stajni, ujrzała dobrze znaną postać.
— Ach, moja droga Laro, nareszcie jesteś! — przywitał ją wesoło druid, gestem zapraszając do domu.
— Dobrze cię znowu widzieć, Ramonie — odparła z uśmiechem dziewczyna.
— ...i wtedy
rzuciłem w Yagę sproszkowanymi kośćmi szczura. Na chwilę ją oślepiłem, dzięki
czemu zdołałem zerwać z jej szyi magiczny wisior i zmiażdżyć go. W ten właśnie
sposób czarownica straciła swoje moce. Potem już zajęli się nią mieszkańcy
wioski. I muszę przyznać, że indyk, którego przyrządzono na ucztę, był
najlepszym, jakiego kiedykolwiek jadłem — z uśmiechem zakończył Vittor.
Iwan słuchał
z rozchylonymi ustami. Tej historii jeszcze nigdy nie słyszał, a przecież
nadstawiał uszu za każdym razem, gdy bajarze wspominali o Lwie z Manters.
Chłopak żywił nadzieję, że najemnik miał w zanadrzu więcej opowieści, aby
urozmaicić długą podróż. Już nie mógł się doczekać wyprawy, którą odbyłby ze
swym idolem!
— Ach, cóż
za wspaniała przygoda! — Baron Thoque zaklaskał z uznaniem. — I pomyśleć, że
byłeś wtedy, drogi Vittorze, ledwie młokosem! Piętnaście lat!
— Szesnaście
— poprawił najemnik, uśmiechając się lekko z dumą.
Baron jedynie zaśmiał się tubalnie.
— Ja,
kończąc szesnaście wiosen, jedynie czytałem księgi z takimi historiami,
objadając się przy okazji tuczącymi ciastami. Postanowiłem sobie, że zostanę
jednym z tych słynnych awanturników, ale, jak sami widzicie, wylądowałem daleko
od marzeń. — W jego głosie nie było słychać rozżalenia zaistniałą sytuacją. —
No, ale teraz może powinniśmy na chwilę zostawić przeszłość i skupić się na
przyszłości, a dokładniej na waszej wyprawie.
Wszyscy
natychmiast spoważnieli, wyłączając kociego lorda, który jedynie otworzył
leniwie jedno oko, by zaraz znowu stwierdzić, iż ta rozmowa nie jest godna jego
uwagi.
— Jak
wszyscy doskonale wiecie, celem jest legendarna wyspa Avarua. Nie będę was
okłamywał, szanse są przeciwko nam. W ciągu ostatnich dwustu lat nie odnotowano
żadnego przypadku, by ktokolwiek stamtąd powrócił. Oczywiście ludzie lubią przekazywać
sobie nieprawdopodobne historie, ale to tylko plotki. Na naszą korzyść działa
jednakowoż to, że statkiem dowodzić będzie doświadczony kapitan, a załoga jest
zdyscyplinowana i zna się na swym fachu. — Uśmiechnął się do nich
pokrzepiająco. — Vittorze, myślę, że powinieneś objąć przywództwo nad drużyną.
Lew
popatrzył po reszcie kompanów, ale nikt nie zaoponował. Taki wybór lidera był najrozsądniejszy,
w końcu mężczyzna był już doświadczonym podróżnikiem, stoczył niejeden bój i
miał w sobie wiele charyzmy, jak okazało się po zaledwie kilku opowieściach.
Nadawał się na przywódcę jak nikt inny.
— Pamiętaj
jednak, że Avarua nie jest jak znana nam część Rhovanu. Wyspa jest czysto
magiczna. Wszyscy musicie liczyć się z tym, że prawa natury, które obowiązują
nas tutaj, tam mogą nie mieć żadnego odniesienia. Sama magia może reagować
inaczej, niżbyście się spodziewali!
Iwana nawiedziło
uczucie niepokoju i czarne myśli. Co jeśli, starając się uratować resztę
kompanów ze szponów krwiożerczej bestii, zaatakowałby potężną kulą ognia, ale
zamiast tego strawiłaby ona samego maga? Albo, jeżeli chciałby odgruzować
zablokowane korytarze starożytnej świątyni, zaklęcie odbiłoby w złą stronę i
mury runęłyby i pogrzebały ich wszystkich żywcem? A co gdyby starał się jedynie
rozpalić ognisko na noc, czy wtedy tropikalne rośliny starałyby się ich udusić?
Te
nieprzyjemne rozmyślania nawiedziły go na ledwie kilka sekund, zaraz jednak
odzyskał wcześniejszą pewność siebie. Na pewno nie doprowadzi do czegoś
takiego, wszystko będzie w najlepszym porządku!
— Na wasze
szczęście będzie to przede wszystkim zmartwieniem maga z Norne.
Te słowa
sprawiły, że Iwan na powrót spochmurniał. Na chwilę zdążył zapomnieć o tym, że
nie będzie jedynym czarodziejem na wyprawie, czego spodziewał się od momentu, w
którym wuj poinformował go o możliwości wybrania się na taką przygodę. Miał
nadzieję wykazać się, pokazać swe możliwości, chciał być tym wyjątkowym, dla
którego sposób działania i wykorzystania magii nie są tajemnicą, lecz nawet
przed sobą musiał przyznać, że w obecności przedstawiciela prestiżowej Akademii
na pewno będzie uznawany za tego słabszego maga.
Baron Thoque
zauważył, że młody czarodziej zmarkotniał, jednak opacznie zrozumiał tego
przyczynę.
— Nie
przejmuj się tak, chłopcze, na pewno wszystko zakończy się pomyślnie! Zwłaszcza
w takim doborowym towarzystwie!
Iwan pokiwał
głową, ale już nie sprostował barona, nie chcąc wydać się dziecinnym.
Lydie z
zaciekawieniem wsłuchiwała się w opowieści Lwa z Manters. Niezwykłe i
niebezpieczne przypominały raczej bajki, opowiadane dzieciom na chwilę przed
zaśnięciem, niż autentycznie przeżyte przez kogoś przygody. Młoda hrabianka
szczerze zastanawiała się, ile w owych powiastkach było prawdy, a ile talentu
literackiego Vittora. Niemniej jednak, nadal stanowiły one bardzo przyjemny
aspekt owego spotkania. Jeden z niewielu.
Wśród nowo
poznanego towarzystwa nie czuła się zbyt swobodnie, choć mogło wynikać to
również z dużej różnicy wieku dzielącej ją i resztę kompanii. Z drugiej strony
czarodziej nazwany Iwanem, który prawdopodobnie zrównywał się z Lid
wiekiem, zdawał się zupełnie na to nie
zważać i swym zachowaniem pokazywał, jakie o reszcie towarzystwa miał
mniemanie. Nie była to może jakaś dotkliwa zbrodnia, lecz czule uderzała w
poczucie estetyki i kultury Lid.
Siedzący po
jej lewej stronie jasnowłosy mężczyzna, którego obserwowała kątem oka, zdawał
się podobnie przeżywać owe spotkanie. Pozorny spokój, odmalowany na młodej
twarzy, zaburzał jedynie wyraz oczu, które bacznie obserwowały każdy, najdrobniejszy
nawet, ruch jakiejkolwiek znajdującej się w pomieszczeniu osoby.
Alcarin jak
zwykle uśmiechał się szeroko, od czasu do czasu wtrącając jakieś pytania czy
komentarze do wypowiedzi najemnika. Co chwilę, niby przypadkiem, zaczepiał
drzemiącego w fotelu obok kota, który na delikatne głaskanie po grzbiecie
reagował gwałtownym wyprężeniem kręgosłupa i pełnym wyniosłości lordowskim
prychnięciem. Za którymś jednak razem zwierzęca cierpliwość została wyczerpana
i futrzasta łapa z szybkością błyskawicy wystrzeliła w stronę ręki
pozostawiając na skórze pięć czerwonych kresek. Elf mimowolnie
cofnął rękę, zaciskając dłoń w pięść. Wymamrotał pod nosem kilka niesłyszalnych
przez resztę zgromadzonych słów i już po chwili prezentował kotu zaatakowaną
dłoń w nienaruszonym stanie.
— Jeden-zero dla
mnie — posłał w stronę przyjaciela triumfujący uśmiech.
— Jeszcze
zobaczysz, że wynik będzie inny — mruknął lord ostentacyjnie się odwracając.
Alcarin parsknął
śmiechem, przyzwyczajony do tego typu dyskusji.
Zanim jednak elf
zdążył odpowiedzieć na zaczepkę, przerwało mu wejście Sage, która skłoniła się
nieco zmieszana. Baron Thoque spojrzał w jej stronę marszcząc śmiesznie czoło.
— Przybyła
karoca z Norne — oświadczyła służąca lekko drżącym głosem.
Gospodarz uśmiechnął
się szeroko z zadowoleniem i wstał, a jego podbródki zatrzęsły się.
— Więc? Na co
jeszcze czekasz? Wprowadź go!
— Tylko że,
panie, wystąpiły pewne... komplikacje — odparła, przegryzając wargę.
Uniósł wysoko
brwi, zniecierpliwienie malowało się na jego twarzy.
— Cóż znowu?
Czyżby przysłali pustą karocę?
— Nie, nie, po
prostu...
— Och, na Pierwszego
Ojca, dajmy sobie z tym spokój! — przerwał służącej zirytowany, nieco
zachrypnięty głos.
W tym momencie
do pomieszczenia wszedł mag, który okazał się być… młodą kobietą. Drobną niewiastą, ubraną
w burgundową, zwiewną suknię, podkreślającą wąską talię oraz, dzięki głębokiemu dekoltowi, kształtne piersi. Niesforne, kruczoczarne włosy okalały wąską twarz o
wydatnych kościach policzkowych i dalej opadały kaskadą na plecy.
Iwan, który
wcześniej był niezadowolony z towarzystwa innego maga, teraz siedział jak
oczarowany. Miał wrażenie, że czas się zatrzymał, kiedy spojrzała na niego
niesamowitymi, intensywnie lazurowymi oczami. Jej wzrok przeniósł się jednak na
siedzącego obok najemnika, Raahaela, a chłopak odetchnął głęboko. Mimo że
niedawno marzł, teraz było mu gorąco.
Baron Thoque,
który jeszcze przed chwilą śmiał się ze wszystkimi, teraz patrzył na kobietę z
mieszaniną konsternacji i zdenerwowania. W końcu udało mu się ubrać myśli w
słowa.
— Ależ… Przecież
miał się pojawić mag!
Kobieta uniosła
jedną brew, spoglądając na mężczyznę z pewnym rozbawieniem. Mimo niewielkiej
postury nie zdawała się czuć ani trochę przytłoczona, stała wyprostowana z
wysoko podniesionym czołem.
— I jestem. Nie
chcesz chyba insynuować, baronie, że Rada popełniła błąd wysyłając mnie?
Spurpurowiał,
zaciskając mocno pięści.
— O-oczywiście ,
że nie. Wybacz, pani, po prostu zaskoczyłaś mnie… — Spróbował się uśmiechnąć,
aby zatrzeć złe pierwsze wrażenie. — Spodziewaliśmy się wszyscy…
Uniosła kąciki
ust, ale nie dała mu skończyć.
— Wiem, czego
się spodziewaliście. Ten list powinien wszystko wyjaśnić — powiedziała, a w jej
smukłej dłoni pojawił się wspomniany dokument. Wręczyła go baronowi, a on
natychmiast złamał pieczęć i zaczął czytać. Z każdym kolejnym zdaniem jego
czoło coraz bardziej się marszczyło. Kobieta cierpliwie czekała, aż skończy,
bacznie obserwując jego reakcje.
W pewnym
momencie przerwał lekturę i spojrzał na nią ze zdziwieniem.
— Nie
wiedziałem, że mistrz Rheon przyjmuje uczniów.
— Nie przyjmuje
— odparła krótko, uśmiechając się zagadkowo.
Baron przez
chwilę na nią patrzył z nieodgadnionym wyrazem twarzy, by zaraz wrócić do
pisma. Wreszcie dotarł do ostatniego wersu, a na jego twarzy wykwitło
zrozumienie. Jeszcze raz przeleciał wzrokiem po całym liście, by na koniec
roześmiać się tubalnie.
— Tak, tak,
teraz to wszystko ma sens! To zdecydowanie zaszczyt, och tak, wielki zaszczyt…
— Zwrócił się do reszty kompanii, która przypatrywała się temu wszystkiemu z
uwagą. — Moi drodzy, będziecie mieć przyjemność podróżować z nikim innym, jak…
— Dziękuję,
wystarczy — przerwała mu miękko, acz z ostrzegawczą nutą. Spojrzała na swych
przyszłych towarzyszy podróży. — Jestem Jen — przedstawiła się, skłaniając
uprzejmie głowę.
Vittor wstał i
podszedł do czarodziejki z szarmanckim uśmiechem na ustach. Sięgała mu zaledwie
do brody, musiał więc schylić się, by chwycić jej dłoń i złożyć na niej
pocałunek. Iwan zacisnął zęby, przeklinając w myślach, że sam na to nie wpadł.
Kobieta patrzyła na najemnika z przyjaznym uśmiechem na ustach.
— Pani, pewnie
jesteś zmęczona po długiej podróży. Usiądź na mym miejscu, ja już się
wystarczająco zasiedziałem.
Jen uśmiechnęła
się pięknie, odsłaniając równe zęby.
— Dziękuję…?
Skłonił się
przed nią i przedstawił swe imię.
— Lew z Manters,
nie mylę się? — zapytała z zaciekawieniem.
— Tak mnie
niektórzy nazywają — przytaknął.
Pokiwała głową
ze zrozumieniem, a uśmiech nie schodził jej z twarzy.
— W każdym razie
dziękuję, Vittorze, jednak myślę, że pójdę już spać. Uważam, że wszyscy
powinniśmy dobrze wypocząć, jeżeli chcemy zdobyć to jajo, nim feniks się
wykluje. Dobrej nocy — życzyła z uśmiechem, po czym Sage wyprowadziła ją z
pomieszczenia.
Baron Thoque
stwierdził, że również jest zmęczony, powtórzył więc słowa czarodziejki i
również wyszedł. Zaproponował przed tym Iwanowi, że przy okazji wskaże mu,
gdzie ma spać, więc chłopak skwapliwie z tego skorzystał.
Kiedy młody
czarnoksiężnik zasypiał w dużym, wygodnym łożu, rozmyślał o wydarzeniach
minionego wieczora. Stracenie kostura, poznanie wielkiego Lwa z Manters, zobaczenie
gadającego kota, pojawienie się pięknej czarodziejki… Już nie mógł doczekać się
niezapomnianej, jak się spodziewał, wyprawy. Zasnął, wyobrażając sobie wielkie
czyny, których dokona.
Ciekawa zapowiedź. Szczególnie podobała mi się odpowiedź Jen na pytanie o mistrza Rheona - "nie przyjmuje" ;)
OdpowiedzUsuńBardzo mi się podoba, szczególnie, że ostatnio mam słabość do fantasy z poczuciem humoru, co zresztą widać na mojej karcie bibliotecznej.
OdpowiedzUsuńBohaterowie są naprawdę ciekawi i aż się proszą o jakąś porządną zadymę, z którą będą się musieli zmierzyć. A Iwan przypomina mi Władcę z "Praw i powinności" Pjankowej; czytałaś może? Będę musiała sobie tę pozycję odświeżyć przy najbliższej okazji...
To zdecydowanie mój ulubiony fragment: "Chłopak oczyma wyobraźni widział, jak oni wszyscy milkną, podświadomie wyczuwając jego obecność, jak patrzą na niego z nabożną czcią. To on, czarnoksiężnik!
W rzeczywistości nikt nawet nie zauważył, że wszedł do pomieszczenia."
Już nie mogę się doczekać, żeby przeczytać, co przygotowałaś dla bohaterów w następnym rozdziale ^^
Witam serdecznie ;) Cieszę się, że udało mi się tu wpaść i poczytać, bo historia jest warta uwagi ;) Od samego początku ładnie kreślisz postacie i w takiej ich ilości trudne jest ich scharakteryzowanie tak, by czytelnik się nie mylił, ty ładnie sobie poradziłaś. Co do opisów, są dobre, budują atmosferę i wpływają na postaci - tak jak nasz zmoknięty czarnoksiężnik, czy atmosfera przy kominku. Tak czy siak, zapowiada się ciekawa historia, jedna z bohaterek napomknęła coś o jaju feniksa, cóż biegnę się dowiedzieć co dalej ;)
OdpowiedzUsuńSkromnie zapraszam też do siebie, może przypadnie do gustu: zawierzyciel.blogspot.com i gymborka.blogspot.com (tu dopiero zaczynam ;))